"Toto" Wolff kierujący Mercedesem stwierdził, że Formuła 1 zrobiła się za bardzo wyczulona na bezpieczeństwo, w rezultacie wypadku Julesa Bianchiego.
Bianchi zmarł dziewięć miesięcy po odniesieniu poważnego urazu mózgu w wyścigu o GP Japonii w 2014 roku. Wypadł z mokrego toru przy podwójnej żółtej fladze i przerażająco uderzył w samobieżny dźwig ściągający z pobocza bolid Adriana Sutila.
F1 pracuje teraz nad wprowadzeniem na sezon 2017 bardzo kontrowersyjnie wyglądającej osłony na kokpity bolidów.
Poza tym, w GP Wielkiej Brytanii ze względu na mokre warunki pogodowe kierowcy musieli jechać za samochodem bezpieczeństwa do momentu, aż mogli zacząć wymieniać opony deszczowe na przejściowe.
Z kolei w ostatnim GP Węgier zarzucano Nico Rosbergowi niewystarczające zredukowanie prędkości przy podwójnej żółtej fladze w kwalifikacjach, choć ostatecznie sędziowie umożyli sprawę.
„Ze względu na okoliczności wypadku Julesa i jego następstwa, zrodziła się przesadna ostrożność, która teraz jest realizowana". - mówił Wolff.
„Można to zrozumieć, ale musimy wrócić do sedna wyścigów samochodowych - startów najlepszych kierowców najmocniejszymi maszynami w trudnych warunkach. Mogą temu podołać".
„Myślę, że pojawia się ostrożność, bo tamten wypadek nigdy nie powinien się wydarzyć. Może dlatego chcemy teraz, aby było bardzo bezpiecznie".